Nambwa

Tekst pochodzi z http://prawdziwa-namibia.braclowiecka.pl/

To już ostatni wpis z cyklu – wycieczka po Caprivi. Mniej więcej opisaliśmy jak wyglądał ten długi tydzień. Do napisania pozostało jedynie kilka zdań o trójkącie Kwando. Nazwa pochodzi od położenia geograficznego tego miejsca na mapie, między rzekami i granicą państwa. Przed wyruszeniem usłyszeliśmy od afrykańskich przyjaciół, że miejsce to jest obowiązkowym punktem na naszej liście. „Przygotujcie się na wrażenia” – jedyne, co udało nam się dowiedzieć o tym miejscu. Początkowo w planie mieliśmy zostać tam jeden dzień i później ruszyć w kierunku Wodospadów Wiktorii, jednak, gdy dotarliśmy na miejsce plany zmieniły się z automatu.

Jakby to ubrać w słowa, hmmmm…. Podczas swojego krótkiego życia poszukuje miejsc i sytuacji, gdzie ogrom i piękno dzikiego świata przyrody przyćmiewa zdobycze cywilizacji. Chyba każdy myśliwy uwielbia tupot serca, który towarzyszy mu, gdy ciszę poranka zagłusza potężny ryk jelenia byka, albo księżycową noc w Bieszczadach gdy wilcze wycie niesie się między górami. To są uczucia, które warto kolekcjonować, które są jak energia niezbędna do myśliwskiej egzystencji. Na koniec tego przydługiego wstępu chcę napisać, że nigdy nigdzie nie czułem się tak zdany na łaskę dzikich zwierząt jak podczas naszego pobytu w Nambwa ( jeden z dwóch campingów w dolinie rzeki Kwando).

Przed samym wjazdem do parku spotkaliśmy bardzo widoczne znaki: „only 4×4!!”. No i rzeczywiście, jak przekroczyliśmy bramy skończyła się droga. Do campingu pozostało do przejechania 25 km, tutaj pojawił się pierwszy lęk. Na wjeździe pobrali opłatę, ale nie dostaliśmy żadnej mapy, nawet numeru telefonu alarmowego. Jedziemy i jedziemy i nic, żadnego drogowskazu, samochód ryje na zblokowanych mostach w piachu po kolana. Nie ma szans na szybszą jazdę, bo po obu stronach drogi słonie agresywnie ustawiające się w naszą stronę. Żadnego innego auta po drodze, brak zasięgu, brak możliwości szybkiego odwrotu, jedynie słabo wyjeżdżona piaszczysta droga prowadząca w dolinę. Po niemal 20 km walki spotkaliśmy kawał deski z ręcznie namalowanym napisem – „You almost there!”. Co za ulga, wjeżdżamy na camping znajdujący się na wyspie otoczonej mokradłami i rzeką. W tym przypadku może camping to za dużo powiedziane, bo żadnego ogrodzenia, oznaczenia, nic, tylko prowizorycznie wyznaczone miejsca przy rzece z placem na ognisko. Przywitał nas bezzębny pan, który w żadnym ze znanych mi języków nie umiał się porozumiewać. Po długich przebojach z użyciem gestykulacji udało nam się rozbić opodal wody. Oczarowani tym miejscem stwierdziliśmy, że zostajemy w tej dziczy do końca naszych wakacji.

Wytłumaczono nam ogólne zasady postępowania w sytuacjach niebezpiecznych. Wszystkie historie gdzie musieliśmy uciekać przed zwierzętami wydarzyły się właśnie w Nambwa. Otoczeni przez słonie, lwy, bawoły, hipopotamy i krokodyle spędziliśmy trzy wspaniałe dni na łonie dziczy. Pierwszej nocy lampart przechadzał się między samochodami pod osłoną ciemności. Gdy o poranku wyruszyliśmy na łowy fotograficzne spotkaliśmy tropy 3 dorosłych lwów niedaleko naszego noclegu. Drugiej nocy stado około 70 słoni przeszło przez camping wywalając młode drzewa i zżerając, co się da. Co ciekawe były tak cicho, że nikt z obozujących nawet się nie obudził. Jedynie o poranku trudno było ominąć setki wielkich gówien wyścielających ziemię. Trzeciej nocy rodzina pawianów nawiedziła hotel. Zniszczyły co się dało, narobiły rabanu zjadły resztki ze śmietników i zwiały.

Przez te trzy dni miałem często włos zjeżony na plecach. Przerażenie mieszało się z zachwytem i niedowierzaniem. Wszystkim poszukującym ekstremalnych doznań w Namibii polecam wypożyczyć terenowe auto z namiotem dachowym i udać się do Nambwa.

Kuba Piasecki

Zapisz się na Newsletter Argali
Zapisz się na Newsletter ArgaliJoin our mailing list to receive the latest news and updates from our team.

You have Successfully Subscribed!