Spotkanie

 

Tekst pochodzi z http://prawdziwa-namibia.braclowiecka.pl/

To był wyczerpujący dzień.

Poranne wyjście obdarzyło nas stadem gnu, które zdobywaliśmy w pocie czoła. Omulu (gnu w języku oshivambo) spotkaliśmy jak schodziły z żerowisk do ostoi. Szliśmy za stadem jednak na strzał ustawiały się tylko prowadzące krowy. Stado było sformułowane w charakterystyczny sposób – z zewnątrz szły czujne i doświadczone samice a cały środek wypełniała beztroska młodzież. To szyk obronny przed drapieżnikami, jak się przekonaliśmy również przed tymi dwunożnymi. Czujne oczy krów nie wybaczyłyby błędów przy podchodzie. Wszyscy się jednak zawzięliśmy. Paulus krok po kroczku przeprowadzał nas od drzewa do drzewa. Przy gęstych akacjach mieliśmy chwilę na oddech i wyprostowanie kości. Udało nam się obejść kilka patrolujących teren par oczu i nozdrzy. Długo trwała ta cała operacja, ale udało się tak zaskoczyć stado, że bez większego przepłoszenia wyciągnęliśmy z niego dwa młode byczki jednego po drugim.

Po śniadaniu długi podchód. Nie wiem ile kilometrów zrobiliśmy, ale gdy wróciliśmy do samochodu to miałem wrażenie, że nikt nie ma siły ruszyć ręką ani nogą. Nie widzieliśmy kompletnie nic. Nawet steenboka, których zawsze pełno podnosiło się w buszu. Żadnego guźca, żadnego strusia, żyrafy – przysłowiowa „pustynia”. W dodatku słońce i nie ludzka temperatura zrobiły swoje. Jak kończyliśmy podchód ja osobiście czułem się jak „wytapiająca tłuszcz gęś pieczona w brytfance”. Nie pamiętam, kiedy wcześniej tak się przegrzałem na polowaniu. Kiedy już jechaliśmy do obozu pomyślałem – wszystkie stworzenia sawanny przeczekują ten skwar gdzieś w gąszczu, tylko my jesteśmy tacy narwani żeby się ruszać w tych okolicznościach. Komisyjnie ustaliliśmy, że wieczorne wyjście spędzamy nietypowo dla naszej czwórki, czyli jak to trafnie określił jeden z nas „na grzędzie”.

Ambonę wybraliśmy niezłą, bo z widokiem na czerwoną ścianę płaskowyżu Waterberg i szerokim polem widzenia pobliskiej sawanny.  Rozsiedliśmy się wygodnie i każdy z nas zaczął oddawać się niczym nieskrępowanej przestrzeni i poczuciu totalnej wolności. Żadnych sztucznych, wytworzonych ludzką cywilizacją dźwięków, tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Jeszcze zanim wyszły pierwsze guźce zgodnie oceniliśmy, że z „grzędą” to był dobry pomysł.

Wyszły guźce, potem strusie, w końcu na wolną przestrzeń zawitało stado impali. Zgodnie z naszą świętą zasadą, która brzmiała: „ bierzemy, czym akurat busz obdarzy” ze stada wybraliśmy młodą impalę. Dwu letni byk spisał testament 5 metrów od strzału. Słońce chyliło się ku zachodowi, zostało nam może ze 20 minut. Stwierdziliśmy, że poczekamy tą chwilę, „a nóż widelec” coś jeszcze wyjdzie – i wyszło. W jednej chwili daleko z lewej między drzewami przemknęła sylwetka offino (oryks w oshivambo) a z prawej pewnym wręcz dziarskim krokiem z buszu wyskoczył pokaźny guziec. Jak się okazało trasa jego wędrówki pokrywała się ze strzeloną impalą. Guziec, gdy zbliżył się do leżącego na wznak zwierzęcia aż podskoczył ze zdziwienia. Na ten widok Paulus opuścił głowę z wyraźnym zrezygnowaniem i powiedział: – o nie, nieznośny wieprzek. W tym samym czasie szepnąłem do kompanów: – z lewej idzie do nas oryks. Trzeba się przygotować. Pech chciał, że kolei strzelania była myśliwego, który siedział najdalej z prawej strony, my z Paulusem siedzieliśmy z lewej. Ustawienie na naszej „grzędzie” było dość niefortunne, tym bardziej, że musieliśmy bacznie obserwować lewą i prawą stronę.

My składamy się do oryksa tym czasem drugi myśliwy pokazuje na leżącą impalę i półgłosem mówi : – patrzcie! Przyłożyłem lornetkę do oczu i zobaczyłem wielkie szable szykujące się do szarży na leżącą sztukę. Guziec wpadł w nią z całym impetem i podrzucił całą tuszę do góry. Echo łamanych żeber poniosło się po okolicy. Guziec staną jak wryty, widać było, że nie może się doczekać uczty. Cała sytuacja była tak zaskakująca i komiczna, że grzęda zaczęła się kiwać od naszych z trudem tłumionych śmiechów. Paulus opanował się, jako pierwszy, wskazał na oryksa i powiedział: – strzelamy albo nie, bo z impali niedługo nic nie zostanie. Oryks był na granicy strzału, jednak zaniepokojony całą sytuacją ustawił się do nas tyłem i odwrócił łeb. Myśliwy ledwo powstrzymując śmiech trzymał oryksa w lunecie. Czekał na sygnał od mnie, ja z kolei czekałem aż oryks pokaże blat. Paulus i drugi myśliwy obserwowali impalę i w razie kolejnego kontaktu szabel z naszą zdobyczą mieli przerwać akcję i ocalić kolację.

Każdy z nas liczył sekundy, w których guziec pogrywał z impalą coraz odważniej a oryks stał nieruchomo. W końcu młody byk ustawił się blatem. Zaznaczył strzał, jednak uszedł w gąszcz. Wydawało mi się, że trafiony, ale trochę spóźniony. Odczekaliśmy papierosa, poszliśmy po latarki i zaczęliśmy poszukiwania. Zestrzał pusty, krążymy w około, Paulus znajduje trop, który jak zawsze dla zwykłych śmiertelników jest mało widoczny. Ruszamy tropem, Paulus, Ja i strzelec. Z oryksem nie ma żartów. W świetle latarki dostrzegam błysk oczu, oświetlam miejsce pod gałęzią. Młody oryks leży z łbem przygotowanym do szarży. Drugi strzał kończy jego historię. Zadowoleni, że oryks leży i impala w całości wracamy do drogi. Na drodze spotkanie…. Jeden z nas oświetlając podczas marszu trawy nagle najechał światłem na dwa błyszczące zielone punkty. Stanęliśmy jak wryci, Paulus: – ongue (lampart w języku oshivambo). Wszyscy lornetki do oczu. – nie, to steenbok, widać całą sylwetkę – komentują myśliwi. Paulus machną przecząco palcem, ale nie skomentował tego, co usłyszał. Ja nie widziałem żadnej sylwetki, tylko dwoje zielono-żółtych wpatrzonych w nas oczu. Co prawda oczy odznaczały się za nisko jak na pokaźnego kota, ale z drugiej strony mógł on po prostu leżeć. Kwituję: – to na pewno jakiś drapieżnik, bo patrzy cały czas prosto na nas, antylopa po chwili by się ruszyła i obróciła łeb. A te oczy nawet nie drgnął. Postanowiliśmy nie sprawdzać, kto ma rację, wrzuciliśmy antylopy i ruszyliśmy naszym klekotem w drogę powrotną.

Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy ognisku Paulus powiedział do mnie: – tylko jedno zwierzę patrzy w taki sposób. Wzruszyłem ramionami. Nie dawało mi to spokoju przez resztę wieczoru. Emocji i przygód było dużo tego dnia, jednak zasypiając myślałem jedynie o tych zielono-żółtych świecących oczach

Nazajutrz polowaliśmy niedaleko, przejeżdżając postanowiliśmy sprawdzić, co to mogło być. Nie było złudzeń, na śladach ciągnięcia antylopy był świeży trop lamparta. Czuł krew i był ciekawy co się dzieje, dlatego poprzedniej nocy leżąc w trawie obserwował całą sytuację, a gdy odjechaliśmy przyszedł sprawdzić. Jak okazało się na skupie, młody oryks miał starą ranę, która musiała mu dawać się we znaki bo masą tuszy znacząco odbiegał od normy. Widać lampart miał go na oku…

Takie spotkania zawsze są sporadyczne, przypadkowe i mają kompletnie nieprzewidywalny przebieg. To dobrze, bo są przygodą, ale i przestrogą. Myśliwy powinien zawsze pamiętać, że czy to w lesie czy w buszu – nigdy nie poluje sam.

Zapisz się na Newsletter Argali
Zapisz się na Newsletter ArgaliJoin our mailing list to receive the latest news and updates from our team.

You have Successfully Subscribed!