W drodze

Tekst pochodzi z http://prawdziwa-namibia.braclowiecka.pl/

Zanim opowiemy jak to było z tym słoniem i skorpionami, wypada w paru słowach przedstawić jak wygląda takie samochodowe wędrowanie po Namibii. Wbrew moim oczekiwaniom strona zachodnia tego kraju okazała się zdecydowanie bardziej dziewicza niż wschód. Pewnie, dlatego, że Caprivi to obowiązkowy turystyczny punkt w Namibii tak samo jak park Etosha. Drogi tam dobre, są jakieś zbiorowiska ludzkie gdzie można bez problemu kupić artykuły żywnościowe i paliwo. Natomiast zachodnia strona to już inna bajka. Wymaga od turysty wytrzymałości i ryzyka, jednak w zamian obdarowuje ogromem piękna, który trudno udźwignąć na trzeźwo.

Po pierwsze – żadnych sensownych map. Najdroższa i rzekomo najlepsza mapa turystyczna Namibii zakupiona przez nas okazała się niewypałem. Informacje z niej odczytane musieliśmy cedzić przez palce i traktować tylko jak teorię, która w praktyce weryfikowana była wiedzą miejscowych autochtonów spotkanych po drodze. Pomocne okazały się natomiast mapy elektroniczne podróżników 4×4, które znaleźliśmy w internecie. Największy problem mieliśmy z wybraniem właściwej drogi, ponieważ znaki czasem były a czasem nie, poza tym sporo dróg jest błędnie oznaczonych na mapie, ponadto ze względu na zmieniające się warunki klimatyczne każdego roku powstają nowe szlaki, skróty, część dróg jest w ogóle nie przejezdna, część prowadzi w nowym tylko im znanym kierunku i taka to historia. Nie raz, kiedy byliśmy przekonani, że poruszamy zgodnie z planem, po kilkudziesięciu kilometrach wspinaczki po górach dojeżdżaliśmy do malutkiej zapomnianej wioski gdzie droga się kończyła.  Pikanterii dodawał fakt, że były dni, kiedy podczas jazdy nie spotkaliśmy nikogo a temperatura w kabinie landrovera dochodziła do 60 stopni.

Po drugie, musieliśmy tęgo główkować z tankowaniem landrovera. Oczywiście woziłem zapasowe 60 litrów, jednak czasem mimo tej rezerwy było ciężko. A wszystko, dlatego, że jeżeli przekracza się te drogi pierwszy raz nie sposób przewidzieć dziennego zużycia paliwa. Niektóre odcinki po 15-20 km oznaczone we wszystkich przewodnikach, jako dobre drogi gruntowe pokonywaliśmy cały dzień. A landrover na blokadzie mostów, że tak powiem, spragniony był… i pił. Poza uzupełnianiem paliwa i zapasów pitnej wody byliśmy samowystarczalni.
Każdego dnia budziliśmy się ze wschodzącym słońcem i opatuleni w polary wypełzaliśmy z landrovera na poranną kawę. Po chwili zadumy zbieramy nasz graciarnik do kupy, składamy łóżko, układamy wszystko w kabinie by nie latało podczas przechyłów i sprawdzamy stan olejów a raczej wycieków (czy oleju cieknie tyle, co zwykle czy więcej).

Jeszcze chwila zadumy i poranny spokój przerywa ryk rozgrzewanego przeze mnie silnika. Ten moment stał się dla nas prawdziwym obrzędem. Podróżując po Namibii nauczyliśmy się jednego – nie ma nawet jednego dnia żeby nie było jakieś przygody, żeby nie pojawiły się wyzwania. To wspaniałe uczucie, kiedy samochód już jest gotowy do drogi a Tobą szarpie ciekawość tego, co przyniesie dzień. Jak się okazywało codziennie, od momentów duchowych uniesień nie było przerwy. Te setki kilometrów bezdroży usiane były niewyobrażalną ilością przyrodniczych cudów kontrastujących ze sobą. No bo gdzie indziej na świecie podczas jednego dnia przejeżdża się przez skaliste szczyty, potem pustynie kamienistą, z której wjeżdża się do rzeki pełnej krokodyli by po chwili znaleźć się po środku bezkresu piaszczystych wydm?

I to nie koniec, bo za którąś z kolei wydmą wyrasta kontrastujący ze spalonym piaskiem zielony las kilkuset letnich akacji. A jakby tego było mało to, co kawałek jakiś dodatek- np. lepianka stojąca na środku pustyni, nagie dziecko biegnące po kamieniach w stronę samochodu, ludzie zganiający setki krów w jedno miejsce, żyrafy spacerujące po pustyni, słoń maszerujących po skałach, tropy lwa w wyschniętej dolinie rzecznej. Nie idzie tego objąć nawet bogatą wyobraźnią. Tym ciekawsze jest każde wzniesienie na drodze, bo wiesz, że widok za wzniesieniem każe zatrzymać samochód, jednak w żaden sposób nie jest się w stanie przewidzieć, co tam będzie. Kontrasty przyrodnicze są tak ekstremalne, że jednego dnia wyjeżdżając z pustyni wdrapaliśmy się na góry, między którymi były ciepłe źródła. I tak pełni pustynnego pyłu, zapoceni i przegrzani popołudnie spędziliśmy w naturalnym skalnym basenie z krystalicznie czystą wodą.

Przed wieczorem zawsze staraliśmy się dotrzeć na nocleg na jakiś camping. Wszędzie można nocować na dziko, bo to tysiące kilometrów nieogrodzonej dziczy, jednak campingi zawsze zlokalizowane były w ciekawych przyrodniczo miejscach. Camping to za dużo powiedziane, były to po prostu miejsca gdzie wieczorem zjeżdżali wędrowcy dzieląc się wrażeniami i radami, co do dalszej drogi. Trafiło nam się jednak nocować „na dziko”. To był jeden z tych dni, kiedy się przeliczyłem, jeśli chodzi o trasę. Ukryliśmy landrovera pośród gór porośniętych wyschniętymi krzewami. Delikatny dym z ogniska błyszczał w świetle księżyca a dokoła bezkresna, głucha cisza…..nic się nie poruszyło, nic nie drgnęło. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że do pierwszych napotkanych ludzi mamy cały dzień drogi.

Kuba Piasecki

Zapisz się na Newsletter Argali
Zapisz się na Newsletter ArgaliJoin our mailing list to receive the latest news and updates from our team.

You have Successfully Subscribed!